niedziela, 10 lutego 2013

Po sobotnich balach chodniki zarzygane...

Do nowego Magla, pobieżnie o filmach Smarzowskiego, wersja wstępna, przedkorekcyjna blabla. 8000 znaków to bardzo niewielki limit jak na tak duży temat. W zasadzie wszystko jest ledwie liźnięte, o każdym z tych filmów można by napisać doktorat, ale mam nadzieję, że jakaś w miarę przejrzysta myśl z tego grafomańskiego smęcenia wynika. Smacznego.


Piekło, każdy naród ma swój własny kocioł, w którym doznaje uciech gotowania się w smole i gorącym oleju. Przy każdym kotle stoi diabeł. Gdy któryś z Francuzów, Greków, czy innych Ugandyjczyków próbuje wygramolić się z kotła, diabeł od razu dźga prewencyjnie delikwenta szpicem, by ten nie pomyślał sobie, że z tego piekła da się wygramolić. Tylko przy kotle Polaków brak jakichkolwiek strażników, bo gdy którykolwiek próbuje się wydostać, rolę diabłów z radością pełnią inni Polacy, z werwą ściągając kolegę na samo dno gara.

Wrzucanie widza właśnie do takiego kotła umiłował sobie Wojciech Smarzowski, najbardziej polski  z polskich reżyserów (tak, znacznie bardziej polski od niejakiego Andrzeja Wajdy). I pomimo, że w kontekście ogólnej kondycji rodzimej kinematografii takie określenie można by uznać za pejoratywne, to w tym przypadku jest wyrazem uznania dla najwyższego kunsztu autora, ponieważ nikt jak Smarzowski nie potrafi  wyciągnąć na powierzchnię narodowych przywar, które siedzą głęboko w Polakach. Analiza Polaka w wykonaniu Smarzola (jak sam każe do siebie mówić) nie ogranicza się jednak do kultywowania stereotypów o naszym kraju, które są zakorzenione w umysłach przeciętnego Europejczyka czy Amerykanina. W jego filmach pokazane są te zachowania i mentalność, które zrozumieć mogą tylko osoby na codzień żyjące w Polsce, w kraju, w którym polityczna transformacja przebieg(ł)a całkiem sprawnie, podczas gdy ta mentalna ciągle jest w powijakach.
Filmy Smarzowskiego cechuje brud i moralna zgnilizna bohaterów, które wydają się być nie tyle zwichnięciem ich własnego moralnego kręgosłupa, co zwyrodnieniem wywołanym przez komunistyczną spuściznę i społeczne przyzwolenie, a nawet pochwałę kombinatorstwa i oportunizmu. Smarzowski pokazuje Polskę spoconą i śmierdzącą gorzałą, Polskę lewych interesów i równie nieprawych ludzi.

Małżowina
Niespełna godzinny, telewizyjny debiut reżysera z 1998r na pozór nie wpisuje się w poetykę jego późniejszych dzieł, ponieważ zamiast pokazania brzydkiego wycinka panoramy społeczeństwa polskiego skupia się bardziej na jednostce, jej problemach, przemyśleniach i jej radzeniu sobie z rzeczywistością. Moim zdaniem jednak ten film jest kluczowy dla odczytania późniejszej twórczości Smarzola, ponieważ (nad)wrażliwe oko może zauważyć, że główny bohater koreluje w pewien sposób z widzem zaznajamiającym się z „Weselem”, „Domem złym” czy „Drogówką”.  Niby jest odizolowany w swoich czterech ścianach od otaczającego go brudu, niby obserwuje wszystko przez zniekształcający obraz wizjer/ekran, ale podświadomie czuje, że sam w sobie również ma sporą porcję tych odrażających cech, jak główny bohater,  „robiący w kulturze” M. który wnikliwie obserwuje otaczający go świat – wrzeszczącego sąsiada-alkoholika, paplającą sąsiadkę, odgłosy miłości bynajmniej nieplatonicznej, czyli całą kakofonię, która jest tak charakterystyczna dla filmów Smarzowskiego. Pomimo dystansowania się od tych zachowań ("zupełnie jak zwierzęta" - mawia M.) sam bohater tkwi w tym samym bagnie, co znienawidzeni sąsiedzi. Korzysta z usług prostytutek, a jego spotkania z kumplami kończą się z reguły łazienkowymi sesjami poalkoholowych wymiotów. Ot, taka drobna codzienna hipokryzja.

Wesele
W 2004 roku Smarzowski zabrał widzom pośrednika w percepcji jego filmów, jakim był M. i kazał samodzielnie dochodzić do nieciekawych wniosków o samych sobie. Fabuła „Wesela” kręci się wokół wiejskiego ślubu, który bogaty gospodarz, Wojnar, wyprawia swojej ciężarnej córce. Wesele trzeba wyprawić, bo co sobie ludzie o córce lokalnego bogacza pomyślą. I nieważne jest to, że pan młody panny młodej nie kocha – dostanie sportowy samochód, to powinno być wystarczającym zadośćuczynieniem. Zresztą ów samochód, jak i wszystko inne na tym weselu, jest mocno podejrzane. Zapłaty za auto domaga się mafia, wódka pochodzi z przemytu, a bigosu podawanego gościom w żaden sposób nie można nazwać świeżym.

„Wesele” osadzone jest we współczesnych czasach, jednak bohaterowie filmu wyglądają na żywe relikty peerelowskiej mentalności. Lewe interesy, drobne machlojki, pozerstwo, a wszystko spowite w oparach wódki, którą weselnicy wlewają w siebie w ilościach hurtowych. Hurtowo wylewa się z ekranu również główny polski towar eksportowy – żółć i zawiść w stosunku do każdego. Gospodarz organizuje wesele w myśl zasady „zastaw się, a postaw się”. By zademonstrować swoje bogactwo gotów jest niemal na każdą brudną zagrywkę. Goście, ledwo widzący na oczy, zastanawiają się tylko, jak komu podłożyć świnię, względnie wychędożyć druhnę w obskurnej toalecie. Doskonałym komentarzem do moralnej kondycji weselników jest repertuar weselny, w którym pijacka wersja „Roty” przeplata się z „Białym Misiem”.

Dom Zły
Brzydota protagonistów Smarzola swoje korzenie miała w czasach PRLu, czasach nędznej wódki, biedy i zwierzęcego seksu. Nie tej Polski walczącej o wolnośc waszą i naszą, ale tej umorusanej, zapitej i życzącej sąsiadowi skręcenia karku, albo przynajmniej spalenia domu. Jak w żadnym innym swoim filmie reżyser dehumanizuje bohaterów, w sposób najbardziej jaskrawy pokazując, co jest w nich najpodlejsze.
Środoń wiedzie nijakie życie wiejskiego zootechnika. Nie wychyla się, nie chce od życia niczego więcej. Wszystko zmienia się wraz ze śmiercią jego żony.  Gwałtowny upadek moralny bohatera nie sprawia, że staje się wyrzutkiem zdrowego społeczeństwa, tylko pozwala mu wyrównać do jego poziomu, poziomu „jak ja nie zjem Ciebie, to Ty zjesz mnie”.
„Dom Zły” jest jak do tej pory najbardziej ponurym filmem w dorobku reżysera, jedynym promykiem nadziei jest scena narodzin dziecka, która pozwala przypuszczać, że los się jeszcze może odmienić. Jednak w kontekście twórczości Smarzowskiego berbeć symbolizować może coś zupełnie odwrotnego

Róża
W nagrodzonej na WFF „Róży” autor cofa się o kolejne pokolenie, pokazując powojenne, traumatyczne i faktycznie przerażające losy Mazurów. Przedstawia raczej losy ofiar, niż oprawców. W każdym poprzednim filmie Smarzowski stosował jakiś zabieg, który w jakiś sposób pokazywał, że to, co widzimy na ekranie to nie dokumentalny zapis wydarzeń, tylko film. W „weselu” była to groteska, w „Domu Złym” pewna nadrealność , zaś w „Małżowinie” ciekawe zabiegi formalne. W „Róży” wszystko cechuje się bolesnym wręcz realizmem, co potęguje emocjonalne oddziaływanie filmu. Nietypowe jest to, że swoim protagonistą Smarzol ustanowił postać niemal krystalicznie czystą, niezłomną. Tadek jest skrajnie różny od innych filmowych bohaterów reżysera. Być może tak dobra postać została wprowadzona dla kontrastu, pokazania jasnego punktu, ponieważ skala zła obecnego w filmie pobiła wszelkie rekordy, nie tylko w polskim kinie. Róża jest filmem wielkim, choć przerażającym, ponieważ Smarzowski wychodzi poza granice Polski i pokazuje, że zło jest rzeczą uniwersalną i pomimo najszczerszych chęci i starań nawet najczystszych jednostek, zazwyczaj triumfuje.

Drogówka
Najnowszy, jeszcze świeży film wesołego Wojtka traktuje o grupie policjantów z warszawskiej drogówki. Stróże prawa przedstawieni są w sposób, w jaki lubią myśleć o nich ludzie z pokolenia JP (bynajmniej bez liczebnika 2 na końcu skrótu). To banda skorumpowanych, wiecznie pijanych i niepotrafiących utrzymać chuci na wodzy indywiduów, których naczelną wartością w życiu jest oportunizm, a z nihilizmu uczynili niemal religię. Każdy z siódemki bohaterów symbolizuje jeden z grzechów głównych, ale nikt nie ogarnicza się wyłącznie do swojej specjalności, więc wszyscy taplają się w jednym bagnie. Film posiada tak wielką moc oddziaływania również dlatego, że zepsuci w nim nie są wyłącznie główni bohaterowie, zepsute jest całe miasto, w którym żyją i pracują. Przeraża to, że mentalna spuścizna Polski Ludowej siedzi głęboko w dosłownie każdym, kogo wyłapie oko kamery. Brak jest postaci stricte pozytywnych, brak jest też jakiejkolwiek nadziei, bo gdy głównemu bohaterowi udaje się w pewnym stopniu wyjść z zakrętu, spotyka go spóźniona, ale zasłużona kara.





Najstraszniejsze w filmach Smarzowskiego jest to, że oglądając je ma się dziwną świadomość gdzieś z tyłu głowy, że filmy te, mimo wielkiego przejaskrawienia i hermetyczności wycinków polskiego społeczeństwa (policjanci, wiejscy weselnicy) którego dotyczą, w pewien sposób opowiadają o samym widzu. Taki paradoks jego filmów – niby ten obraz nas nie dotyczy, a jednak boli.

sobota, 9 lutego 2013

Lubię filmy, które znam. Te znam, bo widziałem je po kilka(naście) razy.


Miałem wstawić tekst o „Drogówce”, Smarzowskim w szerszym ujęciu i o tym, jak wielkimi gnojami wszyscy według tego uroczego dżentemlena jesteśmy, ale nie czuję się dziś na siłach, by spłodzić tak posępny tekst, więc Smarzowskie przyjemności będą jutro/pojutrze/w Maglu, a dziś coś zdecydowanie mniej zobowiązującego. Jako się rzekło a propos filmowego podsumowania roku, postanowiłem rozwinąć ideę różnorakich topów. Na pierwszy ogień rzucę niezwykle wysublimowane kryterium – top ileśtam moich ulubionych filmów. Nie najlepszych, jakie widziałem, tylko ulubionych, takich, które mogę oglądac bez przerwy. Wbrew pozorom różnica jest znaczaca. Kolejność jest raczej przypadkowa,  film nr 1 wcale nie musi być moim ulubionym wszechczasów, bo jednego takiego nie mam. Smacznego.

1.       Tokijska Opowieść

Jarmusch trzydzieści lat przed Jarmuschem. Piękna, leniwa opowieść o tym, że starych drzew się nie przesadza, pokazująca zderzenie spokojnego świata ludzi starszych z rozpędzonym, nowoczesnym światem ich dzieci. Wszystko to na tle niesamowicie sfilmowanego Tokio, będącego równorzędnym z postaciami wykreowanymi przez aktorów bohaterem filmu.

2.       Dystrykt 9

Klasyka ksenofobii i nietolerancji, doskonale zuniwersalizowana poprzez zastąpienie czarnoskórych/rudych/gejów/Żydów przybyszami z kosmosu. Pokazuje, że najgorszym potworem jaki istnieje w znanym nam świecie nie jest chupacabra, dwugłowy rekin czy krewetkopodobny kosmita, ale człowiek.

3.       Kraina Traw

W moim prywatnym rankingu najlepszy film Terry’ego Gilliama, będąca bardzo subtelnym cytatem z Alicji w Krainie Czarów, a także dowód na niczym nieograniczoną wyobraźnię twórcy. Gilliam to taki dojrzalszy Burton do kwadratu, a Kraina Traw to jego magnum opus.

4.       Duża Ryba

Specjalnie w sąsiedztwie Krainy Traw, w celu skonfrontowania Burtona z Gilliamem. Duża Ryba, w przeciwieństwie do Tideland reprezentuje typ bajkowości, który nie przyprawia widza o koszmary, funduje mu za to olbrzymi uśmiech na twarzy. Poza szalona wyprawą głównego bohatera, która sama w sobie jest świetna, Big Fish w bardzo uroczy i piękny sposób traktuje o trudnych relacjach w rodzinie i o tym, że dobrze czasem pomarzyć.

5.       Big Lebowski

Gdyby ktoś obiektywnie próbował zrobić ranking „najfajniejszych filmów świata”, Big Lebowski miałby zapewnione miejsce na podium. W tym filmie fajne jest wszystko: główny bohater, jego koledzy, fabuła, dialogi, muzyka, wszystko. Chyba najlepsze wcielenie tych weselszych braci Coen.

6.       Komando

Niesamowicie przerysowane kino akcji. Gdyby zebrać do kupy wszystkie najbardziej męskie momenty z dylogii „Niezniszczalnych”, nie osiągnięto by nawet połowy męskości, którą emanował w tym filmie Arnie. Onelinery ostre jak brzytwa, brzytwy ostre jak brzytwa i rekordowa ilość trupów zapewniły Komando status filmu kultowego.

7.       Upadek

Każdy może mieć zły dzień. Taki zły dzień miał William „D-Fens” Foster. Korek, upał, bzycząca mucha. Zamiast jednak kląć pod nosem William wychodzi z samochodu i, by zdążyć na urodziny córki idzie piechotą przez miasto, siejąc zniszczenie i chaos wszędzie gdzie się pojawi. Ale tak naprawdę chce tylko spokoju.

8.       Leon Zawodowiec

Jeden z dwóch „męskich romansów”, które znalazły się na tej liście. W dziwny sposób piękna historia relacji mordercy-analfabety z jedenastoletnią dziewczynką z dysfunkcyjnej rodziny, w dodatku rodziny wymordowanej przez skorumpowanych policjantów. Ponadto świetne, inteligentne kino sensacyjne.

9.       Nieugięty Luke

Kontestacja niemająca zmienić świata, tylko będąca style bycia bohatera. Nawet jednak tak egoistyczna postawa, jeśli jest szczera i prawdziwa, może okazać się inspirująca.

10.   Uczniowska Balanga

Radość z życia w czystej postaci. Film osadzony w latach 70, pełnych wspaniałej muzyki, wolności i narkotyków. Dazed and confused to jeden z obrazów, które widziałem na pewno powyżej 10 razy i za każdym razem oglądając tęskniłem za czasami, w których nigdy nie żyłem.

11.   Drive

Ten film każdy facet powinien oglądać w walentynki ze swoją drugą połową. Drive jest melodramatem dla mężczyzn, najbardziej romantycznym filmem, jaki kiedykolwiek widziałem. Gdybym miał się pokusić o wybranie jednego ulubionego filmu, Drive biłoby się o palmę pierwszeństwa z Dużą Rybą. W tym filmie doskonałe jest wszystko. Minimalistyczna gra Goslinga, genialna muzyka (choć normalnie nie słucham elektroniki), prosta, ale wspaniała fabuła, gęsty klimat, który de facto trudno opisać i w końcu ocean emocji, który wylewa się z ekranu. Ciężko jest opisać, czym dokładnie jest Drive, poza tym, że w moim prywatnym mniemaniu jest arcydziełem. To tak, jakby Tarantino i Jarmusch wyreżyserowali GTA. Cudo


i taki bonus

  

czwartek, 31 stycznia 2013

Życie, życie jest nowelą...


UWAGA SPOJLERY WIELKIE JAK STODOŁA




Kino surrealistyczne ma w sobie coś, co nieodparcie mnie do niego przyciąga. Nie jestem pewien, czy jest to spowodowane faktem, że odrealnione, dziwaczne obrazy przypominają widzowi, że to co widzi na ekranie to tylko film, coś, co go namacalnie nie dotyczy, czy też przeciwnie, surrealistyczne motywy eksponowane przez reżyserów mają swój odpowiednik, kłębiący się gdzieś głęboko z tyłu głowy widza.
Lubię też, kiedy film nie jest jednoznaczny. Nie mam tu na myśli otwartego zakończenia w stylu genialnego „Before Sunset”, które każe się zastanawiać, jak potoczą się losy bohaterów, tylko kiedy obraz można interpretować na wiele sposobów i każdy jest  właściwy.
Lubię w końcu, kiedy krótki opis fabuły filmu nic a nic o nim nie powie, vide „Drive” czy „Donnie Darko”.
Udało mi się kilka dni temu pójść na film, który łączy wszystkie wymienione powyżej cechy. Mowa o „Holy Motors” w reżyserii radosnego Leosa Caraxa. Za filmwebem: Bohaterem filmu jest Oscar, milioner pracujący dla tajemniczej agencji. Jego zadanie polega na wcielaniu się w obcych ludzi i poświęcaniu dla nich własnej tożsamości.  Opis intrygujący, ale w rzeczywistości ledwie przemykający się po istocie tego, czym dla mnie było Holy Motors. A było kilkoma filmami i jednym niepowtarzalnym doznaniem  zawartymi w niecałych dwóch godzinach seansu.
Po pierwsze Holy Motors to doskonała zabawa w kino. „O filmie w filmie w ramach filmu”, cytując klasyka. Już pierwsza scena, w której mężczyzna w piżamie wstaje z łóżka, by sekretnymi drzwiami dostać się na wypełnioną salę kinową, w domyśle tę, na której to my się znajdujemy, pokazuje, że będzie to po części obraz autotematyczny. W miarę rozwoju wypadków (choć film w zasadzie nie posiada fabuły, ma raczej budowę nowelową. Lepszym określeniem byłoby „w miarę rozwoju bohatera”) ten autotematyzm staje się jeszcze bardziej widoczny. Każda nowelka, każde wcielenie bohatera to mini hołd złożony poszczególnym gatunkom filmowym, od horroru, przez melodramat, SF, aż po musical. Do mojej zdegenerowanej wyobraźni zdecydowanie bardziej przemawia odrealniony, może nieco makabryczny ukłon niż słodki hołd w stylu „Artysty”. W tym pierwszym podejściu jakby więcej szacunku, mniej wazeliny.
Po drugie to świetna, surrealistyczna jazda, na którą zabiera nas limuzyną główny bohater. „Praca” Oskara nie polega na wcielaniu się w dane postacie, ale na przeistoczeniu się w nie. Jeśli postać musi kogoś zabić, Oskar go zabija, jeśli trzeba porwać modelkę z sesji zdjęciowej, robi to. Co ciekawe, nawet gdy zostaje wielokrotnie postrzelony, otrzepuje się i wsiada z powrotem do limuzyny, bo przeciez nie może spóźnić się na kolejne spotkanie. Mimo, że staje się żądanymi postaciami bez reszty, cały czas zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest nigdy sobą, co świetnie ilustruje scena melodramatyczna, gdy Oskar przez chwilę jest umierającym starcem, któremu w ostatnich chwilach towarzyszy siostrzenica. Po planowym zgonie owego wujaszka bohater grzecznie przeprasza siostrzenicę i zabiera się do wyjścia, ale zanim opuści pokój, podziękuje siostrzenicy za miłą współpracę. Jak się okazuje, owa kobieta trudni się tym samym co główny bohater. Obydwoje są aktorami, których nikt nie filmuje, nikt nie ogląda.
Po trzecie w końcu, i, moim zdaniem tym, co najważniejsze, Holy Motors jest okropnie posępną metaforą tego, kim ludzie w ogóle, a Ty, widzu, w szczególe, są obecnie, a raczej kim nie są. A na pewno nie są sobą. Kluczowe dla takiego odczytania filmu były dla mnie pierwsza i ostatnia scena filmu.  Pierwsza, z reżyserem obserwującym salę kinową pokazuje, że widzowie są również wewnątrz filmu, a co za tym idzie, są aktorami, podobnie jak Oskar. Groteskowe przebieranki, przywdziewanie różnych masek w zależności od sytuacji jest domeną każdego człowieka, nawet jeśli po wyjściu z seansu te maski się nie zmieniają, to i tak jakaś maska jest przytwierdzona siłą obowiązków, zobowiązań, pędu za wygodą i poszukiwaniem spokoju. Żaden człowiek nie jest do końca sobą, okłamuje zarówno siebie jak i innych, nie ma w życiu żadnych świętości. Święte są tylko motory (w zasadzie z angielska silniki), czym wali widza po oczach ostatnie ujęcie, gdzie zaparkowane na noc limuzyny, identyczne do tej, w której podróżował główny bohater, ożywają i wdają się między sobą  w pogawędki. Gdyby się zastanowić, to właśnie te limuzyny rozwoziły ludzi do miejsc, w których mają założyć odpowiednią maskę, to one decydowały, kogo i kiedy mają ludzie udawać. Spełniały rolę bóstw, decydujących o losie pasażerów. Ludzie okłamują siebie, okłamują innych, udają kogoś, kim nie są tylko dlatego, że wymaga tego sytuacja, a rolę Boga pełnią przedmioty materialne, co doskonale pokazuje wyjałowienie bohaterów, którzy żarliwie kult owych świętych silników wyznają.
Nie jest to zdecydowanie miły i ciepły film, w sam raz na niedzielne popołudnie, al e niezaprzeczalnie Holy Motors już na początku roku zagwarantowały sobie miejsce w moim prywatnym  top ileśtam filmów 2013 (tak, wiem, na świecie 2012).

PS. Podczas jednej z podróży ze spotkania na spotkanie Oskar znajduje w samochodzie karteczkę z napisem  „antrakt”. Oto, jaka wspaniałość po tym następuje:

wtorek, 29 stycznia 2013

Odyseja filmowa 2012

Żeby nadrobić blogową posuchę, wklejam trochę spóźnione filmowe podsumowanie minionego roku, które (miejmy nadzieję) ukaże się w lutowym numerze Magla. Dość pobieżnie zebrałem tam filmy w kilku kategoriach (dobre/niedobre/aktor/aktorka/debiut/polskie/głupie, a wspaniałe). Nie jest to w zasadzie żaden poważniejszy tekst, raczej szybka polecajka, niemniej postaram się niedługo napisać coś dłuższego o niektórych poruszonych tam sprawach (do Ciebie mówię, Nicolasie Windingu Refnie), albo rozwinąć nieco ideę różnych TOP ileśtam czegośtam.
Smacznego:


Odyseja Filmowa 2012
Jeśli jest luty, to czas na hiperhipsterskie filmowe podsumowanie minionego roku. Hipsterskie nie dlatego, że znajdują się w nim undergroundowe filipińskie dramaty inicjacyjne, tylko dlatego, że pisane jest nawet nie przed, ale już po tym, kiedy takie podsumowania były modne.
Od razu słówko sprostowania – nie każdy z wymienionych filmów swoją światową premierę miał w anno domini 2012, ale jako że przecież nikt nie korzysta z żadnych szemranych źródeł pozyskiwania filmów (a i wujek w Ameryce jest towarem raczej deficytowym), przy tworzeniu zestawienia liczyła się data polskiej premiery kinowej.

Film Roku

W 2012 roku najwięcej emocji wzbudzało delikatne, bardzo uczuciowe i subtelne kino. Miejsce trzecie zajmują niesłychanie optymistyczni  Nietykalni Oliviera Nakache i Erica Toledano. Nietykalni bardzo jasna, zabawna, ale i wzruszająca opowieść o nietypowej przyjaźni sparaliżowanego milionera i opiekującego się nim czarnego imigranta, która szturmem zdobyła nie tylko szczyty box office’u, ale i wdarła się na filmwebowe podium filmów wszechczasów.
Drugie miejsce przypada filmowi nastrojowo mieszczącemu się na przeciwnym biegunie niż Nietykalni. Miłość Michaela Hanekego jest dziełem przygnębiającym, choć w pewien hipnotyzujący sposób pięknym. Skazana na przegraną walka starszego mężczyzny z postępującą chorobą ukochanej żony została perfekcyjnie sportretowana przez mistrza emocjonalnego rozjeżdżania widza walcem, Michaela Hanekego, autora tak sielskich obrazków jak Funny Games czy Video Benny’ego.
Tytuł najlepszego filmu A.D 2012, a także najgorszego tłumaczenia tegoż roku, należy sie najnowszemu dziecku Wesa Andersona – Moonrise Kingdom (Kochankowie z księżyca). Słowo „dziecko” nie zostało użyte przypadkowo, bowiem oglądając ten film widać, ile Anderson włożył w niego pasji i miłości. Każda scena jest nietypowa, często formalnie przewrotna, chciałoby się powiedzieć że „fikuśna”, jak dziecko właśnie. Fabuła nie jest skomplikowana – lata 60 XXw. Para nastolatków ucieka z domu . dorośli organizują poszukiwania zakochanych – ale naprawdę nie trzeba zaskakujących zwrotów akcji czy wielkiej psychologii, by stworzyć doskonały film. Kochankowie... emocjonalnie odwołują się do takich dzieł jak Duża ryba czy Interstate 60. Łączy go z nimi również pewna cudowna naiwność, lekka nierealność i fakt, że zarówno podczas, jak i po seansie nie można z twarzy zmazać gigantycznego uśmiechu. Warto napomknąć również o genialnej obsadzie z Brucem Willisem i Billem Murrayem na czele.

Co ciekawe, najlepszy film, który można było premierowo obejrzeć w tym roku w polskich kinach, powstał w 2009 roku, a wizytę w naszym kraju zawdzięcza chyba tylko komercyjnemu sukcesowi kolejnego filmu reżysera. Mowa o Valhalla Rising Nicolasa Windinga Refna (Drive). Refn brutalnie wrzuca widza w błoto, w którym na łańcuchu miota się główny bohater (przerażający Mads Mikkelsen), a później każe towarzyszyć mu w mrocznej krucjacie, również wgłąb siebie. W tym filmie nordyckie wierzenia mieszają się z chrześcijaństwem, a Jądro Ciemności spotyka wspomniane Drive. Nastroju całości dopełnia techniczna strona obrazu, utrzymanego w tonacji szarej, brudnej, brzydkiej lub ich hybrydach. Ktoś kiedyś gdzieś powiedział, że gdyby Czas Apokalipsy kręcono współcześnie, to wyglądałby właśnie jak Valhalla Rising.

Rozczarowanie

W zeszłym roku rozczarowań było zaskakująco niewiele. Gdy jakiś film zdradzał potencjał, w większości przypadków go wykorzystywał, gdy jednak filmy zawodziły, to przeważnie zawodzili też mistrzowie, którzy za nimi stali.
Jednym z największych rozczarowań roku były Mroczne Cienie Tima Burtona, które zamiast na szaloną przejażdżkę kolejką górską zabierały widza raczej na karuzelę z plastikowymi konikami.  Film podtrzymał ideę trzymania dzikiej wyobraźni na wodzy, jak to miało miejsce w „Alicji w krainie czarów”.
Drugim mistrzem, który w 2012 „się popsuł” był Roman Polański, którego Rzeź okazała się być nieskomplikowanym teatrem telewizji z niezłymi dialogami, przykrą psychologiczną płycizną i zbyt jaskrawie przerysowanymi postaciami. Nawet stuprocentowo gwiazdorska obsada i jej niezłe jej aktorstwo nie sprawiły, by Rzeź awansowała z przeciętnego na niezły film.
Największym rozczarowaniem, bo związane z nim były prawdopodobnie największe oczekiwania, okazał się Prometeusz Ridleya Scotta. Załoga statku pod tytułową nazwą wyrusza, by znaleźć początki ludzkości. Znajduje jednak coś, co może być jej końcem. Film, który nawet jeśli nie miał być stuprocentowym prequelem Obcego, odbierany był jako jego duchowy następca. Scott tymczasem zaserwował widzom doskonałe technicznie, słabe klimatycznie i tragiczne logicznie widowisko, które do legendy „obcego” ma się jak Dirty Dancing do Wirującego Seksu. Nijak.

 Guilty Pleasure

Najprzyjemniejsza z kategorii, choć w tym roku nie obrodziło we wspaniale nieambitne filmy, a przynajmniej niewiele z nich przebiło sie do głównego nurtu.
Na najniższym stopniu podium uplasował się Artysta, który choć był tylko banalną opowiastką, był równoczesnie filmem lekkim, bardzo zabawnym, urokliwym, a także oryginalnym, bo pokazuje, że formuła filmu niemego wbrew pozorom się nie wyczerpała.
Drugie miejsce zajmują Muppety, które triumfalnie przypomniały o sobie nieco starszej widowni, a efektownie przedstawiły się młodszej. Prawda jednak jest taka, że podczas seansu każdy na sali miał 8 lat.
Tytuł The Guiltiest Pleasure roku 2012 należy się ex aequo dwóm filmom, z których żadnego nie ogląda się po odejściu od wigilijnego stołu – są to Niezniszczalni 2 i Pirania 3DD. W pierwszym z tych hołdów dla starego, dobrego, grindhouse’owego kina stężenie trupa na minutę i testosteronu na kilogram herosa przekracza wszystkie dopuszczalne normy, a wszystko to z gigantycznym przymrużeniem oka i tonami autoironii, w drugim zaś inwazja krwiożerczych, zmutowanych piranii na park wodny zamienia studenckie święto w krwawą walkę o przeżycie. Jako dodatkową rekomendację warto napomknąć, że w Piranii gra niespodziewanie zdystansowany wobec siebie David Hasselhoff, a 3DD bynajmniej nie oznacza żadnej futurystycznej technologii, a rozmiar staników bohaterek.

Polska

W tej kategorii top 3 mógł być tylko jeden, wątpliwa jest tylko kolejność tytułów na podium. W ciemności, Róża i Pokłosie absolutnie zamiotły konkurencję pod dywan.
Dzieło Agnieszki Holland ląduje na miescu trzecim, bo choć całość, jako przejmująca historia lwowskiego cwaniaczka z narażeniem życia pomagającego podczas wojny grupce Żydów prezentowała się doskonale, to brakowało mu czegoś, co charakteryzuje dwa pozostałe wyróżnione filmy, czyli pewnej autentyczności, „brudu”, nawet upodlenia ludzi zmuszonych do krycia się w kanałach.
Takiego brudu aż w nadmiarze mają Róża i Pokłosie. Drugi z tych filmów wyszedł spod ręki mistrza polskiego-amerykańskiego kina, Władysława Pasikowskiego, traktuje o całej palecie złych emocji i uczynków między mieszkańcami zapadłej polskiej wsi na tle mordu w Jedwabnem i jako film gatunkowy z pogranicza kryminału i thrillera jest kolejnym przykładem na kunszt twórcy Psów . Jednak tym, o czym mówiło się najwięcej w kontekście tego filmu to nie dobra gra aktorska, ciekawy scenariusz i napięcie towarzyszące widzowi, tylko spór o to, czy Twoja prawda jest mojsza od mojej, bo moja jest najmojsza i  o ostracyzmie wobec wszystkich twórców, z Maciejem Stuhrem na czele.
Najlepszym polskim filmem ubiegłego roku była Róża Wojciecha Smarzowskiego, reżysera, którego każdy film urasta do rangi wydarzenia. Gdyby polskie kino współczesne miało wystawić swój okręt flagowy, byłyby to skrajnie depresyjne, mroczne i własnie brudne filmy Smarzowskiego, który w każdej kolejnej produkcji obnaża to, co w ludziach jako jednostce, ale także i w nas jako Polakach jest najgorsze. U Smarzowskiego trudno jest znaleźć uśmiech, pełno jest za to cynizmu. „Róża” to historia trudnej relacji żołnierza i wdowy po niemieckim żołnierzu rozgrywająca się napolskiej wsi świeżo po ormalnym zakończeniu wojny. W Róży wszyscy zostali przez wojnę bardzo ubrudzeni brudem, którego nie da się zmyć, a który rzuca się w oczy w pierwszej kolejności.

Aktor/Aktorka

Wśród panów bezkonkurencyjny okazał się Michael Fassbender, który w tym roku próbował (bez skutku) dźwigać całego Prometeusza, gdzie grał androida, który, paradoksalnie był najbardziej ludzki spośród całej plastikowej załogi. W korespondencyjnym pojedynku z Ryanem Goslingiem Fassbender zdaje się wysuwać na delikatne prowadzenie.
Wśród pań najsilniej w pamięci zapadła Tilda Swinton, która rok otworzyła niezwykłą, emocjonalną rolą w „Musimy porozmawiać o Kevinie”, a zakończyła udziałem w najlepszym filmie roku – „Moonrise Kingdom”. Jest żywym dowodem na to, że seksualność to w zawodzie aktora jedynie dodatek, który może pomóc, ale nie powinien być fundamentem kariery.

Debiut

Nie obrodziło w tym roku w głośne debiuty, ale kilka z nich z pewnością wartych jest zapamiętania.
Na trzecim miejscu próba zmierzenia się z legendą Jima Jarmuscha. „Robert Mitchum nie żyje” to w dużym stopniu udane antykino drogi, gdzie bohaterowie przegrani są już na starcie i tak naprawdę nie mają sensu w życiu. Podróż, w przeciwieństwie do romantycznego ujęcia amerykańskiego nie ma im w niczym pomóc. Po prostu się przydarzyła.
Kolejnym przykuwającym uwagę debiutem jest fenomenalny dokument „To nie Kalifornia” prezentowany w ramach tegorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Film opowiada o narodzinach skateboardingu w szarych realiach NRD. To doskonały film o sprzeciwie i pasji do deskorolki, na której z łatwością można było przeskoczyć mur berliński.
Bezdyskusyjnie najlepszym debiutem 2012 roku okazały się być „Bestie z południowych krain”, będące w istocie trzema filmami w jednym, dodatkowo wymieszanymi w doskonałych proporcjach. Po pierwsze „Bestie...” to smutny obrazek słodkiej Hushpuppy żyjącej w dysfunkcyjnej rodzinie, po drugie to niezbyt nachalne kino katastroficzne, po trzecie w końcu wszystko to doprawione zostało wielką garścią realizmu magicznego. Film komplenty, który uwodzi subtelną narracją, poczuciem humoru i pewnym nieśmiałym optymizmem przebijającym się przez beznadzieję.




Powrót tysiąclecia

Minął już prawie rok, od kiedy ostatnio coś tu wstawiłem. Nie wiem, dlaczego przestałem pisać, ale wiem, że znowu chciałbym to robić i mam nadzieję, że teraz regularnie będę zapełniał serwer nudnymi, infantylnymi wynurzeniami na tematy, o których nie mam większego pojęcia. Wydaje mi się, że po 12 miesiącach spędzonych na leżeniu, okazjonalnym douczaniu się i aktywnym psuciu wątroby z powrotem osiągnąłem poziom zarozumialstwa upoważniający do głoszenia jedynej słusznej drogi rozumowania i odbioru filmów. Kto się nie zgadza, ten kiep*


*to tak w razie, gdyby w poszukiwaniu jakiejś dziwnej pornografii ktoś jednak przypadkiem trafił na tego bloga.


Pioseneczka okolicznościowa:

czwartek, 2 lutego 2012

Taka tam młócka

No, teraz tekst, który ma szansę stać się żelazną klasyką grafomanii i egzaltacji. Na "Rzezi" byłem. Oto, co nabazgrałem:


Roman Polański umie robić filmy. Zdarzały mu się filmy niezłe, jak wtedy, kiedy wpakował Harrisona Forda w kłopoty albo tropił wąpierze, zdarzają mu się filmy świetne, jak wtedy, gdy kazał Mii Farrow urodzić dziecko szatana albo Jackowi Nicholsonowi cofnąć się o filmową epokę, zdarzają mu się filmy wybitne, jak wtedy, gdy sam postradał zmysły w paryskiej kamienicy, ale zdarzają mu się też filmy co najwyżej średnie. Właśnie do tej ostatniej kategorii, mimo najszczerszych chęci pochylenia się nad geniuszem reżysera, zaliczyć trzeba „Rzeź”.

Fabuła jest nadzwyczaj prosta – dwie pary, przedstawiciele amerykańskiej klasy średniej, nadzwyczaj uprzejmi i ułożeni, spotykają się, by przedyskutować bójkę swoich synów. Z początku przyjazne spotkanie przeradza się w regularną wojnę z ciągłą zmianą frontów, bohaterowie pokazują swoje prawdziwe oblicza. Tyle.

„Rzeź” jest adaptacją kontrowersyjnej ponoć sztuki „Bóg mordu”. Teatralny rodowód przejawia się choćby tym, że cała akcja toczy się w zasadzie w jednym pomieszczeniu, aktorów występujących w filmie można bez problemu zliczyć na palcach jednej ręki, a siłą napędową obrazu jest dialog między bohaterami. Już kiedyś komuś udało się stworzyć fascynujący i trzymający w napięciu film realizujący wszystkie wymienione wytyczne, ale do tego trzeba być Sidneyem Lumetem. Pomimo pozornego braku pola dla realizatorskiej wyobraźni Pawłowi Edelmanowi udało się stworzyć film ciekawy ze strony wizualnej. Pomimo braku faktycznego ruchu postaci dzięki montażowi uzyskujemy wrażenie dynamiki podkreślającej słowną szermierkę bohaterów. Same dialogi również stoją na wysokim poziomie, a kształtu i smaku nadają im aktorzy, dobrze dobrani do swych ról. Moim osobistym faworytem jest Christoph Waltz, jedyna pełnokrwista postać z całego kwartetu. Jodie Foster z kolei w moim odczuciu w pewnych momentach przeszarżowała, co nie zmienia faktu, że gra aktorska jest jednym z atutów filmu. Wymienione przeze mnie pozytywy prawdopodobnie wystarczyłyby, żeby każdy inny film uznać za kawał solidnej roboty, ale że rzecz tyczy się Romana Polańskiego, to i wymagania są odpowiednio wyższe. Pora wsadzić łychę dziegciu do tej beczki miodu.

Tym, co najbardziej przeszkadzało w odbiorze i wsiąknięciu w film była skrajna archetypiczność postaci, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosiły się z jednego bieguna zachowań na zupełnie przeciwny, przy ich całkowitej beznadziejności. Podobna umowność, pewne przejaskrawienie w kreowaniu postaci obecna była również w przytoczonych wcześniej „12 gniewnych ludziach”, jednak specyfika filmu Lumeta pozwalała tę umowność zaakceptować. U Polańskiego nie do przełknięcia jest rozdzielanie bohaterom cech w taki sposób, by nie znalazł się dla nich wspólny mianownik. Dość karkołomną próbą byłoby porównanie postaci do kolorów, jednak myślę, że mogłoby dobrze zobrazować sytuację w filmie. Oto Kate Winslet jest zimno niebieska, by zaraz przybrać kolor wściekło pomarańczowy, Jodie Foster jest koloru ciepło żółtego, by po wolcie przeistoczyć się (dosłownie i w przenośni) w purpurę, John C. Reilly jest przezroczysty, by stać się czerwonym. Wszystkie te kolory zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale w żaden sposób się ze sobą nie mieszają, co sprawia, że uczucie umowności i pewnego „przegięcia” towarzyszy widzowi przez cały film. Tylko Christoph Waltz przez cały film jest stalowoszary, czym wyróżnia się spośród innych In plus, ponieważ jest jedynym bohaterem, który nie wydaje się być marnym aktorem, a prawdziwym człowiekiem z krwi i kości. Protagoniści reprezentowali sobą jeden, określony typ człowieka tylko po to, by w trakcie filmu w sposób gwałtowny stać się swoim przeciwieństwem. Nie ma miejsca na jakiekolwiek zachowania pośrednie, albo jest się czarnym, albo białym. W końcówce co prawda bohaterowie pod wpływem tak emocji jak i szkockiej zawierają pewne sojusze, zjednoczeni na wspólnym froncie, pozostając jednak w obrębie swojej indywidualnej, odmienionej charakterystyki, nabierając tym samym bardziej ludzkiego wymiaru, jednak w moim odczuciu dobra końcówka nie równoważy zbyt powierzchownego przedstawienia postaci i rozwoju akcji.

Pojawiają się głosy, że nowy film Polańskiego jest arcydziełem bezlitośnie obnażającym wady amerykańskiej klasy średniej. Mógłby z powodzeniem takim filmem zostać, gdyby opowiadał o prawdziwych ludziach, a nie manekinach naszpikowanych stereotypowymi cechami.

„Rzeź” miała potencjał by stać się naprawdę ciekawym, wielowymiarowym filmem, skończyło się jednak na momentami niezłej komedii. Trochę mało, jak na człowieka uznanego za geniusza.
Cieszy fakt, że Polański ciągle szuka czegoś nowego, nie ogranicza się do jednego tematu, gatunku czy poetyki, a nuż z tych poszukiwań wyjdzie kolejne dzieło na miarę „Lokatora”, cieszy też fakt, że podjął się niełatwej próby dość dosłownego przeniesienia sztuki teatralnej na wielki ekran, zachowując przy tym teatralną specyfikę, z jednością czasu, miejsca i akcji na czele. Ale Polański nie jest Sidneyem Lumetem.

środa, 1 lutego 2012

To nie jest kraj dla młodych wampirów

Dobra, teraz coś dla ludzi o mocnych nerwach. Napisane bezpośrednio po obejrzeniu "Martina" coś. nie wiem, czy to ma jakąkolwiek formę, jest jednym wielkim peanem bla bla bla. ale wrzucę, bo tak. Na zdrówko


Film oglądałem na raty, do najlżejszych nie należy, ale pomiędzy kolejnymi seansami nie 
mógł wyjść mi z głowy. W zasadzie nie wiem, czy to bardziej dramat o alienacji, 
dorastaniu i poczuciu wyobcowania ubrany w horrorowy kubraczek, czy też horror z 
elementami psychoanalizy. 
Martin pozornie przedstawiony jest jako osoba chora psychicznie, ale nie w ten sposób, 
co Rutger Hauer w "Autostopowiczu" lub Jack Nicholson w "Lśnieniu". Nie jest to typ 
psychopaty ze śmiechem na ustach zabijającego swoje ofiary. od razu widać, jak 
chłopak cierpi. Cierpi z powodu samotności, cierpi z powodu nieprzystosowania do 
otaczającego go świata, którego najwyraźniej nie rozumie, cierpi, bo jest inny. Jako 
formę wyzwolenia się z tego cierpienia wybrał drogę wampirów, które poznał dzięki 
starym filmom. Przejmujący obraz miotającego się w bezradności wrażliwca zestawiony 
jest ze szczegółowo pokazanymi scenami przemocy, jakiej chłopak się dopuszcza, co 
robi piorunujące wrażenie i wywołuje skołowanie u widza.
Doskonała są muzyka i scenografia przywodzące momentami na myśl filmy noir, 
doskonałe są czarno-białe wstawki, doskonałe jest aktorstwo i w końcu doskonały jest 
cały film, zaś końcowa scena wbiła mnie w fotel i zacząłem się zastanawiać, czy to Martin 
był szalony, czy szalony był świat, który go otaczał. Nie wiem.
Pewne jest z kolei to, że postać głównego bohatera skonstruowana jest po mistrzowsku, 
to jedna z bardziej sugestywnych kreacji niezrównoważonego człowieka, jakie zdarzyło 
mi się widzieć. Budzi skrajne emocje (naprawdę budzi, nie tylko w założeniu), od 
poczucia obrzydzenia do dopingowania mu w próbie tworzenia normalnej relacji z 
kobietą.


Zbyt długie rozmyślanie nad tym niewątpliwym dziełem i sposób, w jaki stworzony został 
bohater, jak i całe groteskowe środowisko, w którym dane mu było żyć, prowadzi do 
wielu karkołomnych hipotez: "A co, jeśli Martin nie zabijał, a szalony był Coda, który 
naginał rzeczywistość do swoich potrzeb, bo przecież Martin to Nosferatu?", "A co, jeśli te 
chore wybryki były jedynie wytworem samotnego, zdesperowanego umysłu?" . 
Zdając sobie sprawę z bezsensu tych rozważań, zakończę ten chaotyczny pean.




*Tutaj zamieszczam linka do nieco bardziej ustrukturyzowanej wersji przemysleń nt. tego filmu, bo nie będę wklejał dwóch podobnych tekstów.
Cheers