środa, 23 października 2013
Vozvrashchenie
Wracam do nieregularnej blogowej aktywności po szeroko pojętych wakacjach. Mam w zanadrzu kilka tekstów, więc można spodziewać się sporej częstotliwości w nadchodzących dniach. Zacznę już za chwileczkę, już za momencik.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Refn nie wybacza
Pierwszy od dawna wpis na bloga, traktujący (werble) o Refnie, a mianowicie o jego najnowszym dziele, "Only God Forgives". Zdaję sobie sprawę, że większość ostatnich wpisów każe sugerować, że blog zamienił się w fanpage szalonego Duńczyka, ale obiecuję, że to ostatni o nim wpis aż do następnego filmu. W niedługim czasie postaram się wrzucić coś zupełnie z Refnem niezwiązanego, prawdopodobnie o Deadpoolu.
A tymczasem - Smacznego:
A tymczasem - Smacznego:
Znów dałem się nabrać
Refnowi.
Duńczyk jest najbardziej nieprzewidywalnym spośród
przewidywalnych reżyserów. Z jednej strony wiadomo, że kino jego można nazwać
autorskim, jak żadne inne spośród pukających obecnie do powszechnej świadomości
twórców, z drugiej jednak chwilowy flirt z mainstreamem przy okazji „Drive”
pozwalał spodziewać się filmu dla
stosunkowo szerokiej widowni. W takim przekonaniu umacniały publikowane
sukcesywnie trailery oraz urywki filmu, kipiące od emocji i adrenaliny,
sugerujące, że „Tylko Bóg Wybacza” będzie tajskim bliźniakiem „Drive”.
Prawdopodobnie nie tylko ja dałem się nabrać. Sądząc po
pustoszejących w trakcie seansu salach kinowych i niewybrednych komentarzach
filmowych smakoszy po raz kolejny Refn może zacierać ręce, że udało mu się
upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Stworzył film głęboko medytacyjny, na
wskroś artystyczny (o czym za chwilę), sprzedał go zaś jako twór z pogranicza
thrillera i kryminału. A ludzie wychodzący w trakcie pokazu? Cóż, i tak nie
byli dla Duńczyka targetem, a ewentualne łzy smutku zawsze otrzeć może sobie
zarobionymi na nich dolarami.
Valhalla Drivin’
Nowy film Refna jest prostą historią o zbrodni i zemście,
niemym pojedynku porucznika tajwańskiej policji i gangstera. Za Filmwebem:„Julian (Ryan Gosling) w Bankoku jest właścicielem
klubu, w którym prowadzi nie do końca legalne interesy. Kiedy jego brat Billy
zostaje zamordowany, życie Juliana radykalnie się zmienia. Ich matka (Kristin
Scott Thomas) oczekuje, że młodszy syn odnajdzie zabójców brata i go pomści.
Mężczyzna – mimo oporów i wątpliwości – postanawia dotrzeć do człowieka, który
prawdopodobnie stoi za śmiercią Billy'ego. Wie tylko, że w ciemnych zaułkach
miasta nazywają go Aniołem Zemsty...
Tradycyjnie już u Refna fabuła nie jest najistotniejszym elementem
jego filmów. Jest tylko pretekstem do przekazania emocji, przemyśleń lub też
czystko estetycznych doznań na miarę najwyższej sztuki. Jeżeli reżyser od
samego początku swojej kariery zdradzał inklinacje w stronę formalnej
oryginalności i estetycznej doskonałości swoich dzieł, to w „Only God...”
doprowadził stronę formalną do absolutu. Każde ujęcie jest ucztą dla oczu, ani
jeden kadr nie jest skomponowany niedbale czy wstawiony na siłę.
Charakterystyczne dla twórcy długie, senne ujęcia w połączeniu z genialną
ścieżką dźwiękową Cliffa Martineza wprowadzały widza w hipnotyczny, oniryczny
stan. Wszechobecna symetria, symbolizująca prawdopodobnie ład i porządek
wielokrotnie zaburzana jest przez sceny czystej przemocy. Przez większość filmu
na obiektyw kamery nałożony jest krwistoczerwony filtr, który dość
jednoznacznie każe kojarzyć miejsce akcji z piekłem. Większośc bohaterów wydaje
się być całkiem dobrze urządzona w owym piekle, tylko nieliczni wyglądają,
jakby trafili tam za karę.
W „Tylko Bóg...” nastąpiło odwrócenie typowego dla Refna układu sił w
ramach płci. Najmocniejszą, centralną postacią, która nosi w sobie
charakterystyczne dla twórcy cechy, takie jak nieustępliwość, bezwzględność,
bezlitosność czy wyrachowanie, jest kobieta. Matka głównego bohatera (grana
przez świetną Kirstin Scott Thomas) jest dla filmu tym , kim dla Bronsona był
Tom Hardy a dla „Drive” postać Ryana Goslinga. O ile w kazdym poprzednim obrazie
główny bohater był przedstawieniem idei męskości, o tyle tę rolę w „Tylko
Bóg...” przejmuje własnie Scott Thomas. Sprawia to, że jej bohaterka jest w
zasadzie jedyną postacią z krwi i kości, pozostali protagoniści reżysera są
jedynie emanacjami idei, które za nimi stoją i ich konfrontacja na bokserskim
ringu nie jest bijatyką między dwoma facetami, raczej czymś na kształt boksu
między dobrem i złem, przy czym nikt nie wie, kto jest tym dobrym, a kto złym.
W tym miejscu trzeba wsadzić łyżkę dziegdziu, ponieważ mimo, że to tylko
emanacje, to jednak w filmie musiały mieć jakąś twarz. Obsada skompletowana
została niemal perfekcyjnie, niemal każda rola wbijała w fotel, ale jest jedno
ale. Ale nazywa się Ryan Gosling. O ile trudno wyobrazić sobie, żeby w „Drive”
ktoś mógł być choćby o włos lepszy, o tyle w najnowszym filmie Gosling zachowuje
się jak karykatura wykreowanej w tamtym obrazie postaci. Przez większość filmu
jego toczony bardzo paskudną odmianą kompleksu Edypa (co bardzo istotne dla
odczytania całej jego psychologicznej struktury) bohater sennie wpatruje się w
przestrzeń z miną zbitego szczeniaka. Oczywiście ta mina i to spojrzenie oddają
emocje i stan ducha głównego bohatera, jednak mając w pamięci „Drive” nie
sposób nie pomyśleć, że Gosling w „Only God...” to Driver przeglądający się w
bardzo krzywym zwierciadle.
„Only God Forgives” zdecydowanie bliżej ma do filozoficznego
“Valhalla Rising” niż popkulturowego „Drive”. Ponury, przygaszony filtr
nałożony na kamerę, oniryzm wylewający się z ekranu i olbrzymie nasycenie
symboliką (czy to religijną, czy też filozoficzną) niemal każdego kadru
sprawia, że trudno rozłączyć te dwa filmy. W „Valhalli” bezimienny bohater płynął łodzią
ku jądru ciemności, prosto do piekła. Wygląda na to, że Ryan Gosling,
odjeżdżając w siną dal na zakończenie „Drive”, dotarł właśnie do celu podróży
Bezimiennego.
Pomimo, że uważam „Only God Forgives” za świetny film,
ciężko jest mi go z czystym sumieniem polecić. Potrafi wymęczyć widza monotonią
i przytłoczyć statycznością obrazu. Kinomani szukający akcji zmierzającej z
punktu A do B będą zawiedzeni, podobnie fani „Drive”. Jeżeli jednak ktoś, jak
ja, uwielbia „Valhallę Rising”, na seansie poczuje się jak w domu.
W filmwebowej skali oceniłbym „Tylko Bóg Wybacza” po
jednokrotnym obejrzeniu na 8. Nie wyżej, bo choć ten film to czysty Refn, to
nawałnica symboliki i ukrytych znaczeń nieco mnie przygniotła, więc
prawdopodobnie gdybym jeszcze kiedyś skusił się na ten obraz, obejrzał go
dokładniej, ocena mogłaby podskoczyć o punkt.
sobota, 27 kwietnia 2013
Zagraj to jeszcze raz, Dinokrokodylu
Krótki i lekki okolicznościowy tekst przedsesyjny, będący czubkiem góry lodowej wspaniałości, jaką są tragicznie złe filmy. Smacznego:
Komando [czyt. Come (on)
Arnold!]
Głośno sapiąc, plując jadem i szczerząc kły, wielkimi
krokami zbliża się mityczna bestia, postrach intelektualnej elity
społeczeństwa, przyszłych przywódców narodu i fanów zniżek na przejazdy
komunikacją miejską – SESJA. Co najgorsze, francy praktycznie nie da się zabić,
odpędzona wraca z przerażającą regularnością. Ilu studentów tyle sposobów na
radzenie sobie z jej gorącym oddechem na karku, jednak najpopularniejsze
zdecydowanie są dwa – rzetelna nauka oraz prokrastynacja. W ramach drugiego
podejścia polecam seans najgorszych filmów świata – po pierwsze to doskonała
rozrywka, po drugie zaś oglądanie nierównego starcia grupy biednych,
biuściastych cheerleaderek z Sharktopusem lub innym Gatoroidem może uzmysłowić,
że statystyka to wcale nie najgorsze bagno, w jakie można wdepnąć.
Jim Wynorski – the Boss
Mówiąc o złych filmach nie sposób nie poświęcić miejsca donowi
Corleone złego filmu o swojsko brzmiacym nazwisku. Jim Wynorski spłodził
(wydalił?) przeszło 80 filmów, które podzielić można zasadzniczo na trzy
kategorie – złe filmy, złe filmy o potworach, złe porno parodie znanych filmów.
Do jego najwspanialszych dzieł należą zdecydowanie te, które opowiadają
wzruszające historie o spotkaniu nieprzystosowanych stworzeń (w zależności od
filmu – genetycznie zmutowane jaszczury lub amerykańska młodzież w różnych
konfiguracjach) i ich krwawych waśniach. Filmy takie jak „Komodo kontra Kobra”,
„Dinokrokodyl versus Supergator” czy najnowsza „Piranhoconda” wycisną łzę z oka
największego nawet twardziela. Ciekawostką w filmach Wynorskiego są gościnne
występy prawdziwych aktorów, w różnych epopejach zobaczyć mogliśmy m.in.
Michaela Madsena, C.Thomasa Howella czy Davida Carradine’a.
Ed Wood – hipsteryzacja złego kina
Dawno temu żył sobie człowiek imieniem Ed Wood. Ed bardzo
kochał filmy, niczego nie pragnął bardziej niż stać się wielkim reżyserem,
legendą Hollywood. Brakowało naszemu bohaterowi tylko jednego – talentu. Nie
przejmował się tym jednak zbytnio i uparcie tworzył gniot za gniotem. I pewnie
by nasz Ed odszedł w niepamięć, gdyby w książce "The Golden Turkey
Awards" nie nadano mu miana „najgorszego reżysera wszechczasów”. Za magnum
opus Wooda uznano „Plan 9 z kosmosu”, niemal dokumentalny obraz o inwazji
kosmitów, ożywiających zmarłych i owymi zombiakami manipulujących w celu
eksterminacji ludzkości. A, tak, i o wampirach. Aktorzy byli, scenografia
niekoniecznie, do tego budżet filmu wynosił mniej więcej tyle, ile przeciętny
student SGH tygodniowo wydaje na papierosy. Nawet jeśli nie pali.
Kult,
który narósł wokół Wooda po wydaniu wymienionej wyżej książki sprawił, że stał
się on jednym z najmodniejszych tematów rozmów hipsteryzującej młodzieży, zaś
„Plan 9 z kosmosu” zagościł obok „Ojca Chrzestnego” i „Czasu Apokalipsy” na liście
filmów, które każdy powinien zobaczyć. Być może nie o taką sławę pierwotnie
naszemu Edowi chodziło, ale podejrzewam, że nie miałby nic przeciwko.
Troma – skonsultuj się z psychiatrą lub egzorcystą
Jeśli regularnie zażywasz twarde narkotyki, a w wolnych
chwilach szyjesz sobie kombinezon narciarski z ludzkiej skóry zasłuchując się w
Stachusky’ego, koniecznie zapoznaj się z filmami Tromy!
Zwykle kiedy ogląda się film, który z założenia jest zły,
widz dobrze się bawi, obserwując celową nieporadność i brak logiki. W przypadku
Tromy widz marzy o zamknięciu twórców w pokojach bez klamek. „Tromeo i Julia”, „Toxic Avenger” czy
„Barbarzyńska Nimfomanka w Piekle Dinozaurów” są filmami chorymi, to trzeba
powiedzieć już na wstępie. Widać, że twórcy chcieli zrobić filmy złe,
niesmaczne i kiczowate, ale ich wizje zdecydowanie wyszły poza granice zwykłego
złego kina. Miażdżone głowy (arbuzy), wyrywane jelita (papier toaletowy),
ludzie-świnie, toksyczni mściciele i penisy potwory są tam na porządku
dziennym. Potężna dawka niesmacznej psychodelii.
Jednym słowem gorąco polecam, Troma jest super.
Martwy mózg Władcy Pierścieni
Zanim Peter Jackson zaczął kręcić pięciogodzinne reklamówki
Nowej Zelandii uchodził za geniusza niezależnego kina spod znaku makabry i
złego smaku. „Zły Smak” to zresztą tytuł jego debiutanckiego filmu, w którym
Obcy przerabiają ludzi na intergalaktyczny Fast-Food.
Najdoskonalszym dokonaniem wczesnego Jacksona był jednak
film „Martwica Mózgu” (de facto jedyny przytoczony tu film, który zyskał
faktyczne uznanie krytyki). Chwytająca za serce fabuła (kobieta ugryziona przez
małposzczura powoli zamienia się w zombie), pyszne aktorstwo i doskonała
psychologiczna konstrukcja postaci świetnie współgrają z wysmakowanymi scenami
delikatnie ukazanej przemocy. Ani jedno słowo w poprzednim zdaniu nie jest
prawdą, co powinno być wystarczającą zachętą, by na własne oczy przekonać się,
że nie ważne co aktualnie robisz, i tak masz szansę wyreżyserować Władcę
Pierścieni.
Komando [czyt. Come (on)
Arnold!]
Najbardziej dostępny ze wszystkich filmów wymienionych w tym
wartościowym zestawieniu, często puszczany jako jako mega hit czy inne
superkino. W odróżnieniu od wcześniej wymienionych filmów twórców „Komando” nie
krępował ciasny budżet, a w obsadzie mieli niekwestiowanego gwiazdora. Powstał
jednak film zły, co było najlepszym, co mogło mu się przydarzyć. Niesamowite
dialogi (Right? WRONG), setki martwych wrogów Arnolda, poległych w równym
stopniu od kul, co od granitowego akcentu przyszłego gubernatora Florydy i
niemożliwa do przecenienia możliwość zobaczenia na własne oczy, jak
Schwarzenegger po morderczym pojedynku zabija Freddie’gp Mercury’ego wyrwaną ze
ściany rurą. Wielkie kino.
Weź się poucz
Jako się rzekło, najgorsze filmy na świecie mają nie tylko
walor rozrywkowy, ale także edukacyjny. Pozwalają przekonać się o przykrych
konsekwencjach przebywania zbyt blisko małposzczurów, drażnienia
trzydziestometrowych dinokrokodyli czy wskakiwania do toksycznych odpadów, ale
poza tym mają tę unikalną właściwość, że zaaplikowane w odpowiedniej dawce
potrafią skutecznie zachęcić do nauki, by choć trochę podnieść zgwałcone przez
seans IQ. Warto jednak pamiętać, że
nadmiar nauki równie dobrze co zupełne lenistwo doprowadzić może do Martwicy
Mózgu.
piątek, 22 lutego 2013
Overdrive 'n' Overdose
Całkiem ciekawy eksperyment, bo tekst napisany po pijaku.
Hyyp! Smacznego.
Podobno dobrej książki nie da sie streścić w dwóch
zdaniach. Chcąc choćby w części przybliżyć jej świetność musimy bardziej lub
mniej się w nią zagłębić. Choć daleki jestem od przyjęcia takiego twierdzenia
jako aksjomatu, to w tym konkretnym przypadku jestem gotów sie z nim zgodzić.
Gdybym miał wskazać jeden jedyny film, z którym zabrałbym
się na bezludną wyspę, wybór byłby trudny. Bo czy wziąć ze sobą piękną Dużą
Rybę, czy elokwentną Tokijską Opowieść, czy może szalone Dazed and Confused?
Myślę jednak, że wziąłbym skrajnie męskie, skrajnie romantyczne, skrajnie „adrenalinowe”,
skrajnie kiczowate, w końcu skrajnie popkulturowe Drive, film chyba najciekawszego „świeżego”
twórcy, Nicolasa Windinga Refna.
Powszechnie utartym stereotypem jest, że kobiety
uwielbiają historie miłosne, melodramaty. Męskiej części populacji z reguły
zawiłe miłosne intrygi i cukierkowo-dramatyczne zwroty wątpliwej akcji
dostarczały równie wątpliwej przyjemności co seks z przerażonym jeżem. W 2011
roku pojawiło się jednak Drive, które okazało się koncentratem z wspomnianych
melodramatów, bardzo drobno przefiltrowanym przez męską percepcję . Mówiąc „męską”,
mam na myśli pewien kod kulturowy, każący utożsamiać z tym co samcze to, co
jest proste, szczere, niewymagające słów. Taki właśnie jest stosunek
bezimiennego kierowcy (Drivera, dla przejrzystości), do poznanej przypadkiem
sąsiadki. Mimo, że w całym filmie ani razu nie pada magiczne wyznanie na „K”,
to każdy widz już po kilku chwilach będzie pewien, że do czynienia mamy z
miłością z gatunku tych największych, bezgranicznych, każących poświęcić siebie
dla dobra ukochanej osoby. Owej delikatnej myśli przewodniej filmu w żaden
sposób nie jest w stanie zakłócić forma podania tego, w moim skromnym
mniemaniu, absolutnego arcydzieła. Mimo, że Drive obfituje w charakterystyczną
dla Refna niezwykle plastycznie ukazaną przemoc (WINDA), to często jest ona łagodzona, lub też
zupełnie marginalizowana przez sceny w pewien dziwny, hipnotyzujący sposób
romantyczne (WINDA!).
Forma! Nieczęsto zdarza się, by w parze z wysmakowaną ,
precyzyjną, porywającą formą szła naprawdę bogata treść. Poprzedni akapit
traktował z lekka o treści, pora o formie. Refn znany jest z tego, że radzenie
sobie z finansowymi niedostatkami potrafi zmienić w sztukę. To, co w innych
produkcjach uważane byłoby za fuszerkę, u niego, po zastosowaniu miliona
zabiegów formalnych zyskuje świeżość w podaniu, a także drugie dno w
interpretacji. Mimo, że Drive jest
najbardziej komercyjnym filmem reżysera, a co za tym idzie najmniej radykalnym
jeśli chodzi o eksperymentowanie z taśmą, to samo patrzenie na niego sprawia
niewypowiedzianą przyjemność. W największym skrócie Drive wygląda tak, jakby
Jarmusch do spółki z Tarantino zekranizowali GTA. Powolne, nawet leniwe sceny,
przedstawione w długich, statycznych ujęciach przeplatają się z teledyskowymi
sekwencjami. Ten rwany rytm filmu, wbrew opiniom wielu amatorów mocnych, acz
pustych wrażeń, dostarcza uważnemu widzowi więcej adrenaliny niż choćby milion
trupów położonych przez dowolnego Stallone’a. Skoro wspomniałem o adrenalinie,
nie sposób nie wspomnieć o ścieżce dźwiękowej, która zarówno w warstwie
lirycznej, jak i czysto muzycznej zdaje się komentować sytuację zaistniałą na
ekranie lub też dopełniać ją w niezwykle poruszający (nawet tak niechętne
muzyce elektronicznej serce jak moje) sposób.
Nawet jednak odarte z miłosnego kontekstu, zupełnie
formalnie zignorowane Drive pozostaje arcygenialnym, świetnym słabym filmem
klasy B. Prolog o bezimiennym wirtuozie
kierownicy, który za dnia para się kaskaderką, nocą zaś bezpiecznie i piekielnie
szybko transportuje przestępców z punktu zapalnego A do bezpiecznego punktu B
jest wstępem do przedstawienia niezbyt
zagmatwanej, jednak trzymającej w napięciu głownej osi fabularnej, a
przynajmniej odłamu osi, skupionego na Driverze, postanawiającemu przy pomocy
swoich unikalnych zdolności pomóc sąsiadowi, który znalazł się w kłopotach, bo
mafia w niezbyt wysublimowany sposób domaga się od niego zwrotu przyjacielskiej
pożyczki. Mimo, że fabuła nie jest może zbyt wyrafinowana, to angażuje widza w
stopniu, który pozwala mu na rozkoszowania się innymi, genialnymi elementami
filmu.
Ostatnim składnikiem, który złożył sie na niesamowitość
Drive, jest sama postać Drivera. Charakter grany przez Ryana Goslinga to czysty
ekstrakt z męskości. Każdy mężczyzna chciałby być nim, a każda kobieta
chciałaby być z nim. Milczący, przedkładający czyny nad słowa brutal, który
jednak pod niezwykle twardą, zewnętrzną powłoką skrywa ogromną wrażliwość.
Minimalistycznie zagranego Drivera cechuje także pewien przejmujący smutek i
poczucie samotności, bo o ile z reguły Kierowca jest doskonale logiczny i
bezwzględny wobec wrogów, o tyle w obecności swojej miłości na wierzch wychodzi
jego drugie oblicze – niezmiernie smutnego, samotnego człowieka, który jeśli
chodzi o zachowanie doskonale wpasował się w otaczający go bezwzględny świat, stał
sie jego doskonałym trybem, jednak wewnętrznie jest przez ten świat bezustannie
raniony. Właśnie taka niejednoznaczność i tajemniczość postaci, połączona z
doskonałą, minimalistyczną grą Ryana Goslinga, który wolał grać oczami niż
resztą ciała, co jest najwyższą formą kunsztu aktorskiego, daje tak
oszałamiający efekt.
Drive jest w moim odczuciu niepowtwarzalnym doznaniem
zarówno estetycznym, jak i emocjonalnym, co czyni z niego dzieło absolutnie
wybitne. Co więcej, można Drive rozpatrywać również w innych kategoriach, z
innymi punktami zaczepienia, próbować interpretować je w innym świetle lub
względem innych kryteriów. Troszkę tylko
liznąłem pod wpływem chwili to, czym dla mnie jest Drive. A choć na pewno nie
jest najlepszym filmem, jaki widziałem, prawdopodobnie nie łapałby się nawet do
pierwszej 50, to zdecydowanie jest moim ulubionym obrazem i kocham w nim każdą
klatkę, każdą sekundę. Po ok. 10 seansach owego dzieła mogę stwierdzić, że z
której strony bym na Drive nie patrzył, film ów jest dla po prostu doskonały.
Tak jak pisałem na początku, dobrej książki nie da się
streścić w dwóch zdaniach. Jeśli chodzi o filmy, sformułowałem inną
prawidłowość – „O wybitnym filmie nie da sie po prostu zamienić dwóch zdań”.
A ja mógłbym o Drive dyskutować i dyskutować i
dyskutować...
wtorek, 19 lutego 2013
Jak oni grają. I grają.
Jakoś nie moge się zabrać do pisania, bo dawno nie widziałem filmu wartego tekstu, ale chyba niedługo wezmę się za jakiś histeryczny pean o Drive, albo może Johnny poszedł na wojnę, albo Refn. No nie wiem. A tymczasem kolejny z maglowych tekstów, taka raczej wyliczanka, o paru muzykach, którzy postanowili pograć w filmach. Smacznego.
Jak oni grają. I grają.
Sukces, nieważne czy
komercyjny czy artystyczny, nie zawsze idzie w parze ze spełnieniem. Często
zdarza się, że muzycy, którzy zdążyli już wyrobić sobie markę, szukają szansy,
by zaistnieć na innym artystycznym poletku – między innymi w filmie. Część
kreacji jest czysto rzemieślniczym, niejednokrotnie siermiężnym i szpetnym
tworem, podczas gdy inne, tworzone przez prawdziwych ludzi renesansu noszą
znamiona dzieł sztuki.
Night on Earth
Jednym z najlepszych przykładów
artysty zamieniającego wszystko czego się dotknie w złoto (niestety często
tylko w przenośni – sprzedaż jego płyt w Stanach długo utrzymywała się w
granicach błędu statystycznego) jest Tom Waits. Wokalista,
multiinstrumentalista, aktor, pijak. Człowiek – instytucja, którego zasługi dla
muzyki trudno zliczyć, niemal od początku kariery próbował sił w filmie. Ze
względu na radiową urodę grywał głównie epizody, niemniej wielu profesjonalnych
aktorów z pewnością pozazdrościłoby Tomowi współpracy z takimi reżyserami jak
Francis Ford Coppola, Jim Jarmusch czy Terry Gilliam. Każda z granych przez
niego postaci idealnie wpisywała się w muzyczny wizerunek Waitsa – barowego
barda, ironicznego komentatora rzeczywistości – i tworzyła z nim harmonijną
całość.
Zaczynał w 1978 r. małą
rólką w Paradise Alley Sylvestra
Stallone. Waits zagrał tam samego siebie, pianistę o wiele mówiącym przydomku
Mumbles. Po takim starcie Waits nawiązał współpracę z Francisem Fordem Coppolą,
która zaowocowała takimi obrazami jak Rumble
Fish czy Cotton Club. Role w tych
filmach nie wymagały od niego większego kunsztu, gdyż Tom Waits obsadzany był w
skórze Toma Waitsa. Grał barmana lub trębacza, czyli postaci, które kreował na
scenie podczas występów i w barach podczas popijania. Szansę na wykazanie się
warsztatem, faktycznego wykreowania postaci pod egidą Coppoli muzyk dostał
dopiero w 1992 roku w filmie Dracula,
gdzie wcielił się w postać R.M. Renfielda, oszalałego byłego sługi Draculi,
żywiącego się owadami. Obsadzenie Toma Waitsa w roli szaleńca nie było może
szczytem kreatywności, ale krok na drodze do wyciągnięcia go z zalanej whisky
szuflady został postawiony. I nie był to pierwszy krok, bo już w 1986 r. Waits
poznał się z równym sobie szaleńcem, Jimem Jarmuschem. Ten outsider, skrajny
introwertyk, lubujący się w demitologizowaniu amerykańskiego snu i pokazywaniu
rzeczywistości bynajmniej nie różowej, a szarej, wstawionej i z niedopałkiem
papierosa tkwiącym w ustach wydawał się idealnym kompanem dla Waitsa. Rola w Poza Prawem do dziś pozostaje jedynym
filmem z Tomem Waitsem w roli głównej. Czarno-biały obraz, z typowymi dla
Jarmuscha goryczą i ironią, opowiada historię ucieczki trzech osadzonych z
więzienia. Tom gra Zacka, DJ-a, który dał się wplątać w gangsterskie porachunki
i został złapany na przewożeniu zwłok w bagażniku. Waits zdawał się być
stworzony do współpracy z Jimem Jarmuschem, będąc człowiekiem, o którym ten
drugi opowiadał w każdym ze swoich wczesnych filmów.
Najbardziej znanymi
kreacjami Waitsa pozostają epizod w Kawie
i Papierosach Jarmuscha, w którym wystąpił z Iggy'm Popem oraz niedawna
rola w Parnassusie Terry'ego
Gilliama, gdzie wcielił się w role demonicznego Pana Nicka, diabła, który
trzyma w szachu tytułowego doktora. Z niewiadomych przyczyn Waits nigdy nie
przeniknął jednak do masowej świadomości widowni i nie uzyskał statusu gwiazdy.
Synchronicity
Zgoła odmiennym przypadkiem
jest filmowa przygoda Stinga, który zdobył olbrzymią popularność jako wokalista
grupy The Police. „Blond Kupidyn” nie
musiał grywać dwuminutowych epizodów u niszowych reżyserów, dostawał znaczące
role w mainstreamowych filmach, aktorstwo porzucił jednak w 2003 r. Karierę
filmową zaczął z przytupem, debiutował w Kwadrofonii
jako idol i guru modsów, subkultury młodzieżowej z Wielkiej Brytanii, pałającej
gorącą nienawiścią do rockersów. Subkulturowa rywalizacja jest jednak tylko
tłem dla dramatu pokoleniowego, osadzonej w nietypowych realiach historii o
dojrzewaniu i szukaniu swojego miejsca w świecie. Film, będący luźną
ekranizacją rock-opery The Who,
zyskał przy wydatnej pomocy Stinga miano filmu kultowego. Pięć lat po
imponującym debiucie Gordon Sumner zagrał
jedną z wiodących ról w Diunie Davida
Lyncha. Surrealistyczny obraz science-fiction opowiada o walce klanów o pozyskanie
„przyprawy”, substancji używanej do podróży kosmicznych. Film nie oczarował
krytyków, ale okazał się najbardziej kasowym dziełem w dorobku reżysera. W rok
po premierze Diuny na ekrany wszedł
film z najbardziej nietypową rolą Stinga. Muzyk wcielił się w nim w doktora
Frankensteina, opętanego wizją stworzenia idealnej kobiety. Po wielu próbach
udaje mu się powołać do życia twór o niebanalnym imieniu Ewa. Już po fakcie
okazuje się, że może lepiej byłoby skorzystać z oferty portalu randkowego. Choć
sam film nie prezentuje sobą nader wysokiego poziomu, Sting stworzył wiarygodną
kreację. Po Oblubienicy Frankensteina
skupił się na karierze muzycznej. Na kolejną dużą rolę musiał czekać do 1988
roku, kiedy zagrał w Burzliwym
Poniedziałku, zaskakującym brytyjskim dreszczowcu. Pomimo obsady najeżonej
gwiazdami (Melanie Griffith, Tommy Lee Jones) Sting wypadł zaskakująco dobrze
jako właściciel klubu jazzowego. Ostatnią zapadającą w pamięć rolą twórcy Roxanne była drugoplanowa kreacja w
filmie Guya Ritchiego Porachunki.
Sting wcielił się tam w rolę JD, właściciela baru, jedynego człowieka, który
ograł w karty lokalnego gangstera. Tą rolą faktycznie zakończył swoją karierę
aktorską i było to zakończenie w stylu rozpoczęcia – z przytupem.
The Eminem Show
Jeśli Tom Waits bywał
obsadzany w roli samego siebie, Eminem dostał o sobie cały film. Człowiek,
który nie miał wiele wspólnego w filmem i aktorstwem, ale miał za to historię,
którą opowiedział za pośrednictwem Ósmej
Mili. Obraz traktuje o tygodniu z życia Jimmy'ego „B-Rabbita" Smitha,
młodego BIAŁEGO rapera, który próbuje osiągnąć sukces w dziedzinie zdominowanej
przez czarnych. Coś jak karzeł w NBA. Postać tę można, a nawet trzeba,
utożsamiać z Eminemem, gdyż film oparty jest na jego życiu. Tym, co nadaje temu
sztampowemu w gruncie rzeczy filmowi o młodym gniewnym/dzielnym/zdolnym, który
mimo wszelkich przeciwności losu osiąga sukces, spełnia wielkie marzenie, jest
odtwórca głównej roli. Eminem nadaje swojej postaci bolesnej wręcz
autentyczności, wrzuca w nią całą swoją wściekłość, co sprawia, że momentami ma
się wrażenie oglądania dokumentu, a nie koloryzowanej fabuły. Ósma mila jest pierwszym i jak dotąd
ostatnim przykładem aktorskich poczynań rapera, więc raczej nieprędko
przekonamy się, czy Marshall Mathers jest nieoszlifowanym aktorskim diamentem,
czy po prostu historia, którą przedstawiał w Ósmej Mili była historią tak osobistą, że przed kamerą nie tyle
grał, tylko przeżył przeżywał ją jeszcze raz.
raduje się serce, raduje się dusza
Cienka Czerwona Kredka Do
Oczu
I w końcu, człowiek o którym
nie można zapomnieć w tego typu zestawieniach, choć w tym przypadku droga,
którą przebył, jest odwrotna. Zaczynał on jako aktor niewielką rólką w roku
1995, grając w nieco niedocenianych Skrawkach
życia, by w 2002 r. stać się bożyszczem nastolatek i hersztem zbrodniczej
grupy zrzeszonej pod banderą 30 Seconds
to Mars. Nie byłoby o nim w tym tekście nawet słowa, gdyby nie fakt, że pan
Jared Leto miał irytujący zwyczaj pojawiania się w większości dobrych/głośnych
filmów na świecie. Wspomnieć wystarczy choćby takie tytuły jak, Cienka Czerwona linia , Podziemny Krąg czy Requiem dla Snu. Zaskakujące jest to, że zamiast jako niezły
(momentami świetny) aktor Jared Leto w masowej świadomości istnieje jako
wymalowany idol emo-nastolatek, gdyż warunki do wejścia do bardzo szeroko
pojętej pierwszej ligi Hollywood zdecydowanie ma.Hall of Fame/Shame
W tekście nie zmieściło się
oczywiście wielu równie lub nawet bardziej utalentowanych muzyków, którzy grać
potrafili nie tylko na estradzie żeby przytoczyć tylko Davida Bowie (Labirynt), Cher (Maska), nawet raper Ice-T znalazł swoją niszę, czynnie współtworząc
filmy klasy B, C, D itd.
Nie zawsze jednak transfer
gwiazdy estrady na ekran kończy się sukcesem. Istnieje dziwna korelacja między
stopniem wyrafinowania tworzonej przez gwiazdę muzyki, a jej zdolnościami
aktorskimi. Na poparcie takiej tezy można przytoczyć przykład Britney Spears (Dogonić marzenia), Janet Jackson (Gruby i Chudszy 2), czy Rihannę
(ekranizacja gry w statki Battleship).
Przed kamerą nie da się niestety wystąpić z playbacku lub korzystać z
dobrodziejstw AutoTune'a. Parafrazując słowa Jerzego Stuhra – śpiewać każdy
może, ale z talentem do grania trzeba się urodzić.
niedziela, 10 lutego 2013
Po sobotnich balach chodniki zarzygane...
Do nowego Magla, pobieżnie o filmach Smarzowskiego, wersja wstępna, przedkorekcyjna blabla. 8000 znaków to bardzo niewielki limit jak na tak duży temat. W zasadzie wszystko jest ledwie liźnięte, o każdym z tych filmów można by napisać doktorat, ale mam nadzieję, że jakaś w miarę przejrzysta myśl z tego grafomańskiego smęcenia wynika. Smacznego.
Piekło, każdy naród ma swój własny kocioł, w którym doznaje
uciech gotowania się w smole i gorącym oleju. Przy każdym kotle stoi diabeł.
Gdy któryś z Francuzów, Greków, czy innych Ugandyjczyków próbuje wygramolić się
z kotła, diabeł od razu dźga prewencyjnie delikwenta szpicem, by ten nie
pomyślał sobie, że z tego piekła da się wygramolić. Tylko przy kotle Polaków
brak jakichkolwiek strażników, bo gdy którykolwiek próbuje się wydostać, rolę
diabłów z radością pełnią inni Polacy, z werwą ściągając kolegę na samo dno
gara.
Wrzucanie widza właśnie do takiego kotła umiłował sobie
Wojciech Smarzowski, najbardziej polski z polskich reżyserów (tak, znacznie bardziej
polski od niejakiego Andrzeja Wajdy). I pomimo, że w kontekście ogólnej
kondycji rodzimej kinematografii takie określenie można by uznać za
pejoratywne, to w tym przypadku jest wyrazem uznania dla najwyższego kunsztu
autora, ponieważ nikt jak Smarzowski nie potrafi wyciągnąć na powierzchnię narodowych przywar,
które siedzą głęboko w Polakach. Analiza Polaka w wykonaniu Smarzola (jak sam
każe do siebie mówić) nie ogranicza się jednak do kultywowania stereotypów o
naszym kraju, które są zakorzenione w umysłach przeciętnego Europejczyka czy
Amerykanina. W jego filmach pokazane są te zachowania i mentalność, które
zrozumieć mogą tylko osoby na codzień żyjące w Polsce, w kraju, w którym
polityczna transformacja przebieg(ł)a całkiem sprawnie, podczas gdy ta mentalna
ciągle jest w powijakach.
Filmy Smarzowskiego cechuje brud i moralna zgnilizna bohaterów,
które wydają się być nie tyle zwichnięciem ich własnego moralnego kręgosłupa,
co zwyrodnieniem wywołanym przez komunistyczną spuściznę i społeczne
przyzwolenie, a nawet pochwałę kombinatorstwa i oportunizmu. Smarzowski
pokazuje Polskę spoconą i śmierdzącą gorzałą, Polskę lewych interesów i równie
nieprawych ludzi.
Małżowina
Niespełna godzinny, telewizyjny debiut reżysera z 1998r na
pozór nie wpisuje się w poetykę jego późniejszych dzieł, ponieważ zamiast
pokazania brzydkiego wycinka panoramy społeczeństwa polskiego skupia się
bardziej na jednostce, jej problemach, przemyśleniach i jej radzeniu sobie z
rzeczywistością. Moim zdaniem jednak ten film jest kluczowy dla odczytania
późniejszej twórczości Smarzola, ponieważ (nad)wrażliwe oko może zauważyć, że
główny bohater koreluje w pewien sposób z widzem zaznajamiającym się z
„Weselem”, „Domem złym” czy „Drogówką”.
Niby jest odizolowany w swoich czterech ścianach od otaczającego go
brudu, niby obserwuje wszystko przez zniekształcający obraz wizjer/ekran, ale
podświadomie czuje, że sam w sobie również ma sporą porcję tych odrażających
cech, jak główny bohater, „robiący w
kulturze” M. który wnikliwie obserwuje otaczający go świat – wrzeszczącego
sąsiada-alkoholika, paplającą sąsiadkę, odgłosy miłości bynajmniej
nieplatonicznej, czyli całą kakofonię, która jest tak charakterystyczna dla
filmów Smarzowskiego. Pomimo dystansowania się od tych zachowań ("zupełnie jak zwierzęta" - mawia M.) sam bohater tkwi w tym samym bagnie, co znienawidzeni sąsiedzi. Korzysta z usług prostytutek, a jego spotkania z kumplami kończą się z reguły łazienkowymi sesjami poalkoholowych wymiotów. Ot, taka drobna codzienna hipokryzja.
Wesele
W 2004 roku Smarzowski zabrał widzom pośrednika w percepcji
jego filmów, jakim był M. i kazał samodzielnie dochodzić do nieciekawych
wniosków o samych sobie. Fabuła „Wesela” kręci się wokół wiejskiego ślubu,
który bogaty gospodarz, Wojnar, wyprawia swojej ciężarnej córce. Wesele trzeba
wyprawić, bo co sobie ludzie o córce lokalnego bogacza pomyślą. I nieważne jest
to, że pan młody panny młodej nie kocha – dostanie sportowy samochód, to
powinno być wystarczającym zadośćuczynieniem. Zresztą ów samochód, jak i
wszystko inne na tym weselu, jest mocno podejrzane. Zapłaty za auto domaga się
mafia, wódka pochodzi z przemytu, a bigosu podawanego gościom w żaden sposób
nie można nazwać świeżym.
„Wesele” osadzone jest we współczesnych czasach, jednak
bohaterowie filmu wyglądają na żywe relikty peerelowskiej mentalności. Lewe
interesy, drobne machlojki, pozerstwo, a wszystko spowite w oparach wódki,
którą weselnicy wlewają w siebie w ilościach hurtowych. Hurtowo wylewa się z
ekranu również główny polski towar eksportowy – żółć i zawiść w stosunku do
każdego. Gospodarz organizuje wesele w myśl zasady „zastaw się, a postaw się”.
By zademonstrować swoje bogactwo gotów jest niemal na każdą brudną zagrywkę.
Goście, ledwo widzący na oczy, zastanawiają się tylko, jak komu podłożyć
świnię, względnie wychędożyć druhnę w obskurnej toalecie. Doskonałym
komentarzem do moralnej kondycji weselników jest repertuar weselny, w którym
pijacka wersja „Roty” przeplata się z „Białym Misiem”.
Dom Zły
Brzydota protagonistów Smarzola swoje korzenie miała w
czasach PRLu, czasach nędznej wódki, biedy i zwierzęcego seksu. Nie tej Polski
walczącej o wolnośc waszą i naszą, ale tej umorusanej, zapitej i życzącej
sąsiadowi skręcenia karku, albo przynajmniej spalenia domu. Jak w żadnym innym
swoim filmie reżyser dehumanizuje bohaterów, w sposób najbardziej jaskrawy
pokazując, co jest w nich najpodlejsze.
Środoń wiedzie nijakie życie wiejskiego zootechnika. Nie
wychyla się, nie chce od życia niczego więcej. Wszystko zmienia się wraz ze
śmiercią jego żony. Gwałtowny upadek
moralny bohatera nie sprawia, że staje się wyrzutkiem zdrowego społeczeństwa,
tylko pozwala mu wyrównać do jego poziomu, poziomu „jak ja nie zjem Ciebie, to
Ty zjesz mnie”.
„Dom Zły” jest jak do tej pory najbardziej ponurym filmem w
dorobku reżysera, jedynym promykiem nadziei jest scena narodzin dziecka, która
pozwala przypuszczać, że los się jeszcze może odmienić. Jednak w kontekście
twórczości Smarzowskiego berbeć symbolizować może coś zupełnie odwrotnego
Róża
W nagrodzonej na WFF „Róży” autor cofa się o kolejne
pokolenie, pokazując powojenne, traumatyczne i faktycznie przerażające losy
Mazurów. Przedstawia raczej losy ofiar, niż oprawców. W każdym poprzednim
filmie Smarzowski stosował jakiś zabieg, który w jakiś sposób pokazywał, że to,
co widzimy na ekranie to nie dokumentalny zapis wydarzeń, tylko film. W
„weselu” była to groteska, w „Domu Złym” pewna nadrealność , zaś w „Małżowinie”
ciekawe zabiegi formalne. W „Róży” wszystko cechuje się bolesnym wręcz
realizmem, co potęguje emocjonalne oddziaływanie filmu. Nietypowe jest to, że
swoim protagonistą Smarzol ustanowił postać niemal krystalicznie czystą,
niezłomną. Tadek jest skrajnie różny od innych filmowych bohaterów reżysera.
Być może tak dobra postać została wprowadzona dla kontrastu, pokazania jasnego
punktu, ponieważ skala zła obecnego w filmie pobiła wszelkie rekordy, nie tylko
w polskim kinie. Róża jest filmem wielkim, choć przerażającym, ponieważ
Smarzowski wychodzi poza granice Polski i pokazuje, że zło jest rzeczą
uniwersalną i pomimo najszczerszych chęci i starań nawet najczystszych
jednostek, zazwyczaj triumfuje.
Drogówka
Najnowszy, jeszcze świeży film wesołego Wojtka traktuje o
grupie policjantów z warszawskiej drogówki. Stróże prawa przedstawieni są w sposób,
w jaki lubią myśleć o nich ludzie z pokolenia JP (bynajmniej bez liczebnika 2
na końcu skrótu). To banda skorumpowanych, wiecznie pijanych i niepotrafiących
utrzymać chuci na wodzy indywiduów, których naczelną wartością w życiu jest
oportunizm, a z nihilizmu uczynili niemal religię. Każdy z siódemki bohaterów
symbolizuje jeden z grzechów głównych, ale nikt nie ogarnicza się wyłącznie do
swojej specjalności, więc wszyscy taplają się w jednym bagnie. Film posiada tak
wielką moc oddziaływania również dlatego, że zepsuci w nim nie są wyłącznie
główni bohaterowie, zepsute jest całe miasto, w którym żyją i pracują. Przeraża
to, że mentalna spuścizna Polski Ludowej siedzi głęboko w dosłownie każdym,
kogo wyłapie oko kamery. Brak jest postaci stricte pozytywnych, brak jest też
jakiejkolwiek nadziei, bo gdy głównemu bohaterowi udaje się w pewnym stopniu
wyjść z zakrętu, spotyka go spóźniona, ale zasłużona kara.
Najstraszniejsze w filmach Smarzowskiego jest to, że oglądając
je ma się dziwną świadomość gdzieś z tyłu głowy, że filmy te, mimo wielkiego
przejaskrawienia i hermetyczności wycinków polskiego społeczeństwa (policjanci,
wiejscy weselnicy) którego dotyczą, w pewien sposób opowiadają o samym widzu.
Taki paradoks jego filmów – niby ten obraz nas nie dotyczy, a jednak boli.
sobota, 9 lutego 2013
Lubię filmy, które znam. Te znam, bo widziałem je po kilka(naście) razy.
Miałem wstawić tekst o „Drogówce”, Smarzowskim w szerszym
ujęciu i o tym, jak wielkimi gnojami wszyscy według tego uroczego dżentemlena
jesteśmy, ale nie czuję się dziś na siłach, by spłodzić tak posępny tekst, więc
Smarzowskie przyjemności będą jutro/pojutrze/w Maglu, a dziś coś zdecydowanie
mniej zobowiązującego. Jako się rzekło a propos filmowego podsumowania roku,
postanowiłem rozwinąć ideę różnorakich topów. Na pierwszy ogień rzucę niezwykle
wysublimowane kryterium – top ileśtam moich ulubionych filmów. Nie najlepszych,
jakie widziałem, tylko ulubionych, takich, które mogę oglądac bez przerwy.
Wbrew pozorom różnica jest znaczaca. Kolejność jest raczej przypadkowa, film nr 1 wcale nie musi być moim ulubionym
wszechczasów, bo jednego takiego nie mam. Smacznego.
1.
Tokijska Opowieść
Jarmusch trzydzieści lat przed Jarmuschem.
Piękna, leniwa opowieść o tym, że starych drzew się nie przesadza, pokazująca
zderzenie spokojnego świata ludzi starszych z rozpędzonym, nowoczesnym światem
ich dzieci. Wszystko to na tle niesamowicie sfilmowanego Tokio, będącego
równorzędnym z postaciami wykreowanymi przez aktorów bohaterem filmu.
2.
Dystrykt 9
Klasyka ksenofobii i nietolerancji,
doskonale zuniwersalizowana poprzez zastąpienie
czarnoskórych/rudych/gejów/Żydów przybyszami z kosmosu. Pokazuje, że najgorszym
potworem jaki istnieje w znanym nam świecie nie jest chupacabra, dwugłowy rekin
czy krewetkopodobny kosmita, ale człowiek.
3.
Kraina Traw
W moim prywatnym rankingu najlepszy film
Terry’ego Gilliama, będąca bardzo subtelnym cytatem z Alicji w Krainie Czarów,
a także dowód na niczym nieograniczoną wyobraźnię twórcy. Gilliam to taki
dojrzalszy Burton do kwadratu, a Kraina Traw to jego magnum opus.
4.
Duża Ryba
Specjalnie w sąsiedztwie Krainy Traw, w
celu skonfrontowania Burtona z Gilliamem. Duża Ryba, w przeciwieństwie do
Tideland reprezentuje typ bajkowości, który nie przyprawia widza o koszmary,
funduje mu za to olbrzymi uśmiech na twarzy. Poza szalona wyprawą głównego
bohatera, która sama w sobie jest świetna, Big Fish w bardzo uroczy i piękny sposób
traktuje o trudnych relacjach w rodzinie i o tym, że dobrze czasem pomarzyć.
5.
Big Lebowski
Gdyby ktoś obiektywnie próbował zrobić
ranking „najfajniejszych filmów świata”, Big Lebowski miałby zapewnione miejsce
na podium. W tym filmie fajne jest wszystko: główny bohater, jego koledzy,
fabuła, dialogi, muzyka, wszystko. Chyba najlepsze wcielenie tych weselszych
braci Coen.
6.
Komando
Niesamowicie przerysowane kino akcji. Gdyby
zebrać do kupy wszystkie najbardziej męskie momenty z dylogii „Niezniszczalnych”,
nie osiągnięto by nawet połowy męskości, którą emanował w tym filmie Arnie. Onelinery
ostre jak brzytwa, brzytwy ostre jak brzytwa i rekordowa ilość trupów zapewniły
Komando status filmu kultowego.
7.
Upadek
Każdy może mieć zły dzień. Taki zły dzień
miał William „D-Fens” Foster. Korek, upał, bzycząca mucha. Zamiast jednak kląć
pod nosem William wychodzi z samochodu i, by zdążyć na urodziny córki idzie
piechotą przez miasto, siejąc zniszczenie i chaos wszędzie gdzie się pojawi.
Ale tak naprawdę chce tylko spokoju.
8.
Leon Zawodowiec
Jeden z dwóch „męskich romansów”, które
znalazły się na tej liście. W dziwny sposób piękna historia relacji
mordercy-analfabety z jedenastoletnią dziewczynką z dysfunkcyjnej rodziny, w
dodatku rodziny wymordowanej przez skorumpowanych policjantów. Ponadto świetne,
inteligentne kino sensacyjne.
9.
Nieugięty Luke
Kontestacja niemająca zmienić świata, tylko
będąca style bycia bohatera. Nawet jednak tak egoistyczna postawa, jeśli jest
szczera i prawdziwa, może okazać się inspirująca.
10.
Uczniowska Balanga
Radość z życia w czystej postaci. Film
osadzony w latach 70, pełnych wspaniałej muzyki, wolności i narkotyków. Dazed
and confused to jeden z obrazów, które widziałem na pewno powyżej 10 razy i za
każdym razem oglądając tęskniłem za czasami, w których nigdy nie żyłem.
11.
Drive
Ten film każdy facet powinien oglądać w
walentynki ze swoją drugą połową. Drive jest melodramatem dla mężczyzn,
najbardziej romantycznym filmem, jaki kiedykolwiek widziałem. Gdybym miał się
pokusić o wybranie jednego ulubionego filmu, Drive biłoby się o palmę
pierwszeństwa z Dużą Rybą. W tym filmie doskonałe jest wszystko.
Minimalistyczna gra Goslinga, genialna muzyka (choć normalnie nie słucham
elektroniki), prosta, ale wspaniała fabuła, gęsty klimat, który de facto trudno
opisać i w końcu ocean emocji, który wylewa się z ekranu. Ciężko jest opisać,
czym dokładnie jest Drive, poza tym, że w moim prywatnym mniemaniu jest
arcydziełem. To tak, jakby Tarantino i Jarmusch wyreżyserowali GTA. Cudo
i taki bonus
Subskrybuj:
Posty (Atom)



